Modny kierunek - Sri Lanka

Hinduistyczne świątynie przyciągają wzrok barwami i rzeźbami

Na miejscu wita nas słońce. Palmy okalają lotnisko. Obsługa samolotu przechodzi między rzędami foteli, rozpryskując środek na owady. To sposób na niepożądanych „pasażerów”, którzy mogliby chcieć opuścić tę tropikalną wyspę, na której prócz pól ryżowych, zagajników bananowców, drzew kauczukowych, kokosów i plantacji herbaty znajdują się też lasy deszczowe. Bliskie sąsiedztwo równika oznacza niezwykłą bujność świata roślinnego i zwierzęcego, w tym insektów. Na szczęście nie okażą się one bardziej dokuczliwe niż w Polsce, chociaż otwarte pewnego wieczoru okno na 7. piętrze hotelu w największej lankijskiej aglomeracji, Kolombo, sprowokowało skrzydlate mrówki do złożenia nam niechcianych odwiedzin. Nauczyliśmy się, że z nastaniem mroku zamiast na świeże powietrze lepiej liczyć na klimatyzację lub wiatraki pod sufitem.TowKolombokupiliśmy też miejscową mleczną czekoladę (bardzo smaczna!), która na opakowaniu miała zalecenie, żeby trzymać ją – nic nowego – w chłodnym miejscu i chronić przed... właśnie owadami. To niejedyny lokalny smaczek związany z klimatem. Tylko tam widziałam lodówkę z regulacją temperatury ustawianą w zależności od lata, zimy lub... monsunu! I tylko zima wyglądała tak jakoś nie na miejscu.

Bez dekoltów

Ponieważ monsun może zepsuć wypoczynek na plaży, warto wiedzieć, że od kwietnia do września pada w południowo-zachodniej części kraju, a od października do stycznia na północy i wschodzie. Sprawia to, że Sri Lanka ma wiele do zaoferowania przez cały rok. Zwłaszcza że temperatura tutaj nie spada poniżej 25 st. (chłodniej bywa w centrum wyspy), a deszcze padają zazwyczaj nocą lub nad ranem. Niemniej parasolka zawsze się przyda, choćby do ochrony przed słońcem. To zresztą wypróbowany sposób miejscowych kobiet. Lubiłam im się przyglądać, gdy szły poboczem drogi. Długie, splecione włosy, fałdzista spódnica za kolano, bluzka z krótkim rękawem, żadnych ramiączek czy śmiałych dekoltów. Rzadko widuje się panie w sari, a jeszcze rzadziej – muzułmanki w chustach na głowie i luźnych tunikach do ziemi. Ta różnorodność stylów odpowiada mniej więcej przekrojowi religijnemu i etnicznemu Lankijczyków. Trzy czwarte z nich to buddyści (głównie Syngalezi), za nimi plasują się hinduiści (zazwyczaj Tamilowie), potem muzułmanie, w dużej mierze potomkowie arabskich kupców, a na końcu chrześcijanie różnych odłamów (i o różnym pochodzeniu) – duchowe dziedzictwo po kolonizatorach z Portugalii, Holandii i Wielkiej Brytanii.

Ruch lewostronny

Zastanawiam się, czy to nie buddyzm sprawia, że Lankijczycy są ludźmi niezwykle spokojnymi i serdecznymi w codziennym obcowaniu. Taka na przykład jazda po tamtejszych drogach skończyłaby się nielichą awanturą, gdyby za kierownicą siedział krewki Polak. Nie tylko z powodu lewostronnego ruchu, ale umowności, z jaką traktuje się linię rozdzielającą pasy jezdni. Trzeba przywyknąć do tego, że na Sri Lance wszyscy próbują się wyprzedzać. A ponieważ używają przy tym klaksonu, przybysz z Europy jest przekonany, że co chwilę grozi mu śmiertelny wypadek. Samochody wymijają się o włos, pomiędzy nie wciskają się dużo mniejsze, zautomatyzowane riksze, czyli tuk tuki, ktoś przechodzi po pasach, z naprzeciwka pojawia się kolejne auto, więc trzeba się cofnąć za wyprzedzany pojazd. Na terenach wiejskich trzeba liczyć się jeszcze z chudą krową, którą nagle zainteresuje druga strona drogi. I tak w kółko, tyle że bez nerwów, krzyków i wyzwisk. I jednak bez pośpiechu, bo rzadko kiedy przekracza się te  40 km/h. Paradoksalnie, podróżowanie autem po Sri Lance jest dość bezpieczne, niestety, uciążliwe (przejechanie 120 km zabrało nam ponad 4 godz.!), chociaż drogi, po których jeździliśmy, w większości były nowiutkie i równe. W wielu miejscach robotnicy kładli nową nawierzchnię – w kaskach, odblaskowych kamizelkach i... klapkach lub na bosaka. Te remonty dodatkowo spowolniały jazdę. Dlatego na Sri Lance najrozsądniejszym rozwiązaniem jest wynajęcie samochodu z kierowcą, który zna miejscowe zwyczaje drogowe. To także często osoba, którą można popytać o życie codzienne i która podpowie, co ciekawego jest do zobaczenia w okolicy. Jeśli to wielodniowa wyprawa w głąb wyspy – a biorąc pod uwagę tempo przemieszczania się, to bardzo dobry pomysł – wskaże także dobry nocleg i restaurację.

Herbata, żółwiki i słonie

Piszę to na podstawie doświadczeń tych Polaków, którzy zwiedzali Sri Lankę na własną rękę i wiele praktycznych wskazówek zamieścili na internetowych forach. Jeśli nie skorzystałam ze wszystkich rad, to tylko z uwagi na czas. Na pobyt na Sri Lance przeznaczyliśmy ledwie osiem dni, które od początku chcieliśmy podzielić na wypoczynek i zwiedzanie. To za mało, by poznać kulturowe bogactwo Sri Lanki, która może się poszczycić ponad dwutysięczną historią. Na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO znajdują się święte miasto Anuradhapura, miasto Polonnaruwa, cytadela Sigiriya (Lwia Góra), miasto Kandy ze Świątynią Zęba Buddy, w której jest on przechowywany jako najcenniejsza relikwia, złota świątynia Dambulla czy fortyfikacje w Galle. Do tego dochodzą jeszcze parki przyrodnicze: rezerwat Sinharaja, obszar chroniony Peak Wilderness, park narodowy Horton Plains i rezerwat lasów Knuckles. A nie są to jedyne atrakcje. Wśród nich nie może zabraknąć ogrodów przypraw. Dowiemy się o wielu leczniczych roślinach, z których kilka znamy w stanie sproszkowanym lub w postaci suszonych kuleczek, jak pieprz czy cynamon. Jako uzupełnienie miłego spaceru zaproponowano próbkę masażu ajurwedyjskiego z użyciem aromatycznych olejków. Do tego typu masaży zachęcano nas niemal wszędzie, nawet na plaży i w pensjonacie w Bentocie, gdzie zatrzymaliśmy na kilka dni. Innymi ciekawymi miejscami są fabryki herbaty, gdzie można obejrzeć proces przetwarzania herbacianych liści (dla niewprawnego oka wyglądają jak zwykłe zielsko). Na koniec zostaliśmy zaproszeni do degustacji różnych jej rodzajów, które są oznaczane skrótami terminów angielskich, klasyfikujących herbaty według wyglądu i rodzaju liści, np. BOP, czyli Broken Orange Pekoe, gdzie broken wskazuje na rozdrobnienie herbacianego suszu, a orange na jego ciemnopomarańczową po złocisty brąz barwę, podczas gdy pekoe oznacza rodzaj czarnej herbaty. Herbaty ze Sri Lanki należą do najwyśmienitszych na świecie i często określa się je mianem herbat cejlońskich, od dawnej nazwy wyspy. Przy wybrzeżu czekają na odwiedzających farmy żółwi, w których w kontrolowanych warunkach dogląda się wylęgu młodych żółwików, które potem zostają wypuszczone do oceanu. Chętni mogą wziąć w tym udział i jest to naprawdę niezapomniane przeżycie. Za to w głębi lądu spotkamy inne, dużo większe zwierzęta – indyjskie słonie. Istnieje wiele miejsc, w których można wybrać się na przejażdżkę na ich grzbiecie, nawet do rzeki, w której fundują orzeźwiający prysznic. Ze względu na uciekający czas zdecydowaliśmy się tylko na sierociniec słoni w Pinnawala, gdzie można nakarmić własnoręcznie z butelki małe włochate słoniki. Jedyny przykry akcent tej wizyty to łańcuch na nodze każdego z nich. Jednak to niezbędne w przypadku maluszków ważących ponad sto kilo każdy i nierozumiejących, że wyrywanie się do mleka może się źle skończyć dla stojącego obok ludzkiego opiekuna. Kiedy słoniątka są już nakarmione, razem ze starszymi osobnikami prowadzone są do rzeki, w której polewa się je wodą z wiaderek, a nawet szoruje. Dodatkową ciekawostką związaną ze słoniami jest wytwarzanie papieru... z ich odchodów. Brzmi to niecodziennie, ale rzeczywiście jest to możliwe, gdyż żywiące się pokarmem roślinnym słonie trawią tylko 20% jedzenia. Po niezbyt skomplikowanej obróbce (cały proces objaśniono nam w parę minut) po kilku dniach ze słoniowej kupy powstaje naturalny, ekologiczny papier, po dodaniu barwników nawet kolorowy. Zwiedzanie fabryczki papieru jest darmowe, za oprowadzenie można się zrewanżować, kupując pamiątkę w przylegającym sklepiku. Mogą to być kalendarz ścienny, notes, pudełko ołówków, ramka na zdjęcia.

Kwitnące hibiskusy

To zresztą typowe podejście do turystów na Sri Lance – najpierw w czyimś towarzystwie ogląda się jakieś miejsce, warsztat, świątynię, ogród albo lokalne muzeum, a potem jest się prowadzonym do sklepiku lub słyszy się prośbę o dobrowolne datki, pod warunkiem, że jesteśmy zadowoleni. Jest to robione z taką uprzejmością i wdziękiem, że zawsze się znajdzie się trochę rupii na jakiś suwenir – drewniany breloczek w kształcie słonika, opakowanie kadzidełek, ajurwedyjski specyfikna komary, paczkę cynamonu lub wisiorek z księżycowym kamieniem. Oczywiście targowanie jest dozwolone nawet w miejscach, gdzie na pamiątkach znajduje się metki z cenami. Przydają się do tego grymasy na twarzy i machanie ręką, gdy chcemy dać komuś do zrozumienia, że już nie mamy ochoty na dalsze zakupy. Lankijczycy mają to do siebie, że generalnie nie są natarczywi. Ci przygodnie spotkani oferują swoje usługi dopiero po nawiązaniu kontaktu wzrokowego, a znający angielski (to dość powszechne zjawisko) proponują je w formie towarzyskiej pogawędki: – Gdzie mieszkacie? Jak wam się tu podoba? Ile lat ma wasze dziecko? Uważajcie na nie, obok jest przejazd kolejowy. Moja córka ma tyle samo. A tak w ogóle mam taksówkę, mogę was zawieźć gdzie chcecie. Możecie mnie spotkać w tym miejscu codziennie mniej więcej o tej samej porze. Prawda, że miło? Mam wrażenie, że Lankijczycy wyssali zasady „miękkiego” marketingu z mlekiem matki i można się od nich wiele nauczyć. Niemniej warto zachować zdrowy rozsądek i zwykłą ostrożność, bo nawet na rajskiej Sri Lance trafiają się naciągacze. Lepiej nie płacić z góry i ustalać dokładny zakres usług. Nigdy nie ma się też pewności, czy oferowana cena nie jest z sufitu,taka dla bogatych przyjezdnych. A można się na SriLance poczuć bogaczem, gdy wymieni się na lotnisku dolary (lepiej zachować dowód kupna) i dostanie się w ręce gruby na 2-3 cm plik banknotów, obwiązany gumką. 100 lankijskich rupii to równowartość mniej więc 2,5 zł, przy czym koszt kokosa to ok. 30-50 rupii (napić się można naprawdę do syta w dwie osoby), a za danie obiadowe zapłacimy od od 400 do 2 tys. rupii (w zależności od miejsca i rodzaju jedzenia). Gdybym wiedziała, że czekają tam na mnie świeże langusty i homary, podszkoliłabym się przed wyjazdem w jedzeniu tych opancerzonych potworów. A tak kosztowałam palące curry, próbowałam naleśników z dodatkiem korzennych przypraw, omletów z ostrą papryką, roti, czyli podpłomyków z dodatkiem kokosowego mleczka, serwowanych z podsmażanym czosnkiem, olbrzymich krewetek i tzw. „szatańskich” potraw z ryżu, mięsa lub owoców morza z sosem słodko-kwaśnym. Soki z wyciskanych owoców sprawiły, że przestało mnie ciągnąć do słodyczy. Ale tym, co najbardziej dodawało smaku mojemu pobytowi na Sri Lance były kwitnące hibiskusy, turkusowy zimorodek, który chciał napić się wody z basenu, motyle dwa razy większe niż w Polsce, wszędobylskie wiewiórki i kolibry, które przylatywały do kwitnącego krzaka rosnącego przed naszym tarasem. Wrócę, by znów je oglądać. I tym razem na pewno przejadę się na słoniu i zobaczę najstarsze drzewo na świecie, z udokumentowaną historią trwającą już 2200 lat.

TEKST I ZDJĘCIA: ANNA JURCZYK  

 

2014-03-12